Jarociński spontan – relacja Kica

32 godziny do startu

Wtorek, godzina około 9:00, siedzę w pracy, dzień jak co dzień. Nagle dzwoni telefon, patrzę – Orzeł. Zastanawiam się co tym razem wykombinował nasz zakręcony wariat ;). Odbieram więc i słyszę zapytanie, czy nie mam ochoty jutro jechać do Jarocina na bieg. Zastanawiam się czy on tak na poważnie, tym bardziej, że miał na następny dzień jechać z Jolą do Międzyrzecza Podlaskiego na połówkę. Okazało się, że jednak zrezygnowali i chcą uderzać na Jarocin. W międzyczasie na szybko sprawdzam ile jest kilometrów do tej miejscowości. Google Maps radośnie oznajmiło, że niespełna 400. Rozmowa z Orłem trwa w najlepsze, a ja po kilku chwilach stwierdzam, że nie mam nic do stracenia i piszę się na to. W ten oto sposób, z myślą, że na następny dzień będę zasuwał 400 kilometrów w tą i z powrotem żeby przebiec 5 kilometrów wracam do pracy.

26 godzin do startu

W międzyczasie rozgorzała w grupie dyskusja na temat wyjazdu. Dość szybko okazało się, że myślałem o zupełnie innym Jarocinie. Ten w którym odbywał się bieg znajduje się na granicy Lubelszczyzny z Podkarpaciem, około 150km od Ryk. Trochę mi ulżyło, choć gotowy byłem jechać i 3 razy taki odcinek ;). Równie szybko zebrało się 5 osób chętnych na wycieczkę. Nie pozostało więc nic innego jak spakować się i wyspać. Na całe szczęście biuro zawodów czynne było do godziny 13:00, a bieg startował o 15:00.

7 godzin do startu

Poranna pobudka przebiegła bez problemów. Po ogarnięciu się i załadowaniu w samochód ruszyłem po Jacka, a następnie Orła i Rudziutką. W Puławach natomiast czekała na nas już Jola. Nie trudno sobie wyobrazić, że w takim towarzystwie podróż była zabawna i minęła w tempie błyskawicznym. Jarocin niby duży nie jest, ale zdołaliśmy w nim troszkę pobłądzić. W zasadzie zacząłem się już zastanawiać czy dobrze trafiliśmy albo czy też na pewno ten bieg odbywał się tego dnia. Wszędzie pustki, zero oznak, że jakaś impreza ma się tu odbywać. Na całe szczęście, po kilkunastu minutach daliśmy radę i co więcej dotarliśmy jako jedni z pierwszych.

3 godziny do startu

Zapisy na bieg odbywały się tylko na miejscu w dniu imprezy za symboliczne 10zł. Jak już wspomniałem, dotarliśmy jako jedni z pierwszych i przypadły nam numery od 2 do 6 :). Nieco spóźniony, choć mający najbliżej Wujas był 28 ;).

Jako, że do startu zostało sporo czasu, trzeba było się czymś zająć. Poszliśmy więc na oględziny trasy. Przebiegała ona asfaltową, bardzo mało uczęszczaną i w dodatki płaską ulicą. 2.5 kilometra w tą i z powrotem w leśnym otoczeniu minęło szybko i przyjemnie. Po powrocie mieliśmy jeszcze chwilę dla siebie i czas najwyższy było wyruszyć na linię startu.

0 godzin do startu

Punktualnie o godzinie 15:00, po kilku słowach przemówienia oraz wspomnienia historii Jarocina dotyczącej walki z bolszewikami ruszyliśmy. Pogoda była całkiem dobra, bo nie było skwaru, a słońce schowało się za chmurami. Trwało to mniej więcej przez pierwszy kilometr, gdy nagle zaczęło lać. I to naprawdę intensywnie. Nie ukrywam, że lubię biegać w deszczu, więc uważam, że zdecydowanie pomógł on w przetrwaniu na trasie. Niestety organizatorzy tego nie przewidzieli i numery startowe w formie naklejek zaczęły się wszystkim rozpadać. Po drodze mijało się jedną zgubę za drugą, a co gorsza, nie było tu elektronicznego pomiaru czasu. Wracając jednak do biegu, po pierwszym kilometrze tempo wyszło mi 4:15, więc było dobrze. Stawka trochę się rozciągnęła i tak naprawdę ciężko było kogoś gonić albo przed kimś uciekać. Tempo po drugim kilometrze spadło do 4:21. W połowie trzeciego mijałem pierwszych zawracających. Wypatrywałem Orła i w końcu go dostrzegłem… na 8 pozycji. Wiedząc jak potrafi biegać uświadomiłem sobie, że tempo biegu jest zabójcze. No ale chyba nie ma co się dziwić, skoro płacili nie małe pieniądze za podium. Trzeci kilometr był najwolniejszy, ale była na nim nawrotka, na której nie sposób nie stracić kilku sekund. Potem było już tylko lepiej. Niestety w dalszym ciągu biegłem sam. Gdzieś tam kilkadziesiąt metrów przede mną widziałem małą grupę ludzi, ale nie chciałem się katować i tracić w tym momencie wszystkich sił. Jednak im bliżej mety, tym bardziej ich doganiałem. Nie pamiętam dokładnie ile jeszcze osób zdołałem wyprzedzić, pamiętam tylko, że na około 400 metrów przed metą dogoniłem Pana, który zajął w kategorii wiekowej K50 trzecie miejsce. Ostatni kilometr pokonałem tempem 3:59, a cały dystans w 21 minut i 24 sekundy uzyskując tym samym swoją nieoficjalną życiówkę na dystansie 5 kilometrów i zajmując miejsce 45 pośród 98 startujących. Warto zaznaczyć, że żeby wejść na podium trzeba było zejść sporo poniżej 16 minut. Natomiast aż 33 zawodników osiągnęło czasy poniżej 20 minut.

Na mecie każdy otrzymał pamiątkowy medal oraz słodki poczęstunek. Tymczasem pogoda nie odpuszczała i cały czas dość mocno lało, więc schowaliśmy się pod altaną w oczekiwaniu na resztę ekipy.

1 godzina po starcie

Gdy na metę dotarli już wszyscy, a pogoda trochę się uspokoiła, przyszedł czas ogarnąć się, wysuszyć i poczekać na dekorację. Korzystając więc z chwili zwiedziliśmy znajdujące się tuż obok jezioro, a następnie poszliśmy podziwiać pokazy konne. W końcu 20 minut przed 18 rozpoczęło się wyczytywanie zwycięzców, które rozpoczęto od najmłodszych, startujących na dystansach od 100 do 800 metrów. Mimo, że wyniki zostały wywieszone na tablicy, to tak naprawdę nikt z nas nie wiedział czego się spodziewać i czy uda się wejść na pudło, bo ciężko było z nich cokolwiek wywnioskować. Na całe szczęście udało się! Niezawodny Orzeł wskoczył w swoich niesamowitych okularach na 2-gie miejsce w kategorii wiekowej ;). A chwilę po nim równie niezawodna Jola na 3-cie miejsce również w „wiekówce”. Brawo dla Was! Na koniec zostało jeszcze losowanie nagród, a konkretnie koszulek biegowych… choć tak naprawdę dla większości szczęśliwców były to raczej koszule nocne, bo wydawały się troszkę jakby za duże ;). Czwórka spośród nas miała to szczęście i w nocy już nie zmarznie.

4 godziny po starcie

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Około godziny 19:00 nadszedł czas powrotu do domu. My w swoją stronę, a Wujas w swoją. Mimo wszystko podczas powrotu humory dopisywały wszystkim jeszcze bardziej. Orzeł zadbał nie tylko o nastrój wszystkich swoją paletą dowcipów, ale również o żołądki, obdzielając każdego jedzeniem. Momentami można było się poczuć jak na wycieczce szkolnej :). O tyle dobrze, że nie krzyczeli co chwilę, że chcą siku albo do makdonalda. I w ten oto sposób, po dniu pełnym wrażeń każdy szczęśliwie dotarł do domu. Życzyłbym sobie, aby szybko się powtórzył taki wyjazd, a jakby nie patrzeć, w planach ich parę jest. Na sam koniec gratuluję raz jeszcze Joli i Orłowi pudła, ale także Eweli, Wujasowi i Jackowi pięknej walki i wyników! Dziękuję za wspólny wyjazd :).

Leave a Reply